środa, 24 kwietnia 2013

One band - one album


Zestawienie 10 zespołów/wykonawców, którzy w swojej karierze nagrali tylko jeden album.



10. Temple of the Dog - "Temple of the Dog" (1991) 



Grunge'owa supergrupa utworzona po śmierci znanego w muzycznych kręgach Seattle Andy'ego Wooda - wokalisty Mother Love Bone. Tworzyli go m.in. Chris Cornell (Soundgarden), Eddie Vedder (Pearl Jam) i pozostali członkowie MLB. Materiał tworzony był początkowo dla nowych składów, które formowały się w mieście, jednak stylistyka utworów nie pasowała do żadnego z nich. Muzycy postanowili więc zawiązać kolejny projekt, decydowany zmarłemu koledze fo fachu.






9. The Postal Service - "Give Up" (2003)


Indie-rockowo-elektorniczny duet: wokalista Ben Gibbard (znany z Dead Cab for Cutie) oraz producent Jimmy Tamborello. Możecie ich kojarzyć z utworu "Such Great Heights", który był wykorzystywany w serialu "Grey's Anatomy", filmie "Garden State" i reklamach M&M's czy UPS. Jeszcze kilka lat temu Panowie wysyłali mieszane sygnały, że ich współpraca może rozszerzyć się o drugi album. Cóż - ani widu ani słychu.






8. Mother Love Bone - "Apple" (1990) 


W Seatlle każdy z każdym... gra. Mother Love Bone to zespół powstały na prochach formacji Green River i Malfunkshun. Z kolei po tragicznej śmierci wokalisty Andrew Wooda muzycy MLB stworzyli Pearl Jam, który na szczęście działa prężnie do dziś. Sam Wood nie dożył premiery "Jabłka" - zmarł z przedawkowania heroiny dokładnie trzy miesiące wcześniej.







7. Them Crooked Vultures - "Them Crooked Vultures" (2009) 



Utalentowani artyści mają tendencję do angażowania się w kilka projektów na raz. Josh Homme (Kyuss, Queens of the Stone Age, Eagles of Death Metal, The Dessert Sessions), Dave Grohl (ex-Nirvana, Foo Fighters, Dain Bramage) i John Paul Jones (Led Zeppelin) są na to żywym przykładem. Muzycy nagrali album, ot tak sobie - dla przyjemności. Powstał z tego solidny album, oscylujący wokół stoner rockowej stylistyki. Jak można się spodziewać, krytycy piszczeli z radości. I nie doczekali się kontynuacji tego projektu...





6. The Avalanches - "Since I Left You" (2000) 


To jeden z najbardziej kreatywnych albumów w historii muzyki rozrywkowej. Podobno powstał tylko i wyłącznie na bazie sampli zaczerpniętych z muzyki winylowej, filmu, przyrody, dźwięków industrialnych itd. Łączna suma? Ponad 3500 sampli. Trudno wyobrazić sobie rozmiar mrówczej pracy, którą musieli wykonać. Myślę, że się opłacało, bo niemal w każdej recenzji otrzymali maksymalne oceny. I te teledyski...






5. Death From Above 1979 - "You're a Woman, I'm a Machine" (2004)  

Kanadyjski duet, Sebastien Grainger i Jesse F. Keeler, pojawił się na scenie muzycznej w 2004 roku z genialnym albumem "You're a Woman, I'm a Machine". Porządne rockowe, garażowe i brudne granie. Zachwycili i jednocześnie wkurzyli wszystkich. Pograli dwa lata i rozwiązali zespół. Niby wypuścili jakieś EP-ki (EP =/= LP), niby obiecali w 2011, że wracają, niby mają zagrać jeden koncert w 2013 roku. Ale cóż z tego? Wciąż pozostają TYM zespołem z JEDNĄ świetną płytą. I tak proszę państwa marnuje się potencjał.





4. The La's - "The La's" (1990)


Brytyjska grupa z Liverpoolu powstała w latach 80. Lista jego członków to prawie książka telefoniczna. Rozpadali się chyba 4 razy, po czym wracali z ambicjami i weną twórczą (teraz są na etapie "żyjemy i mamy się dobrze"). Jednak ich dyskografia to tylko jedna pozycja, która  liczy sobie już 23 lata. Hipsterskie portale budują tej płycie pomniki. I słusznie, bo to jedni z prekursorów brytyjskiej sceny indie. I wątpię, żeby w swojej karierze nagrali kiedykolwiek płytę-następcę.






3. Lauryn Hill - "The Miseducation of Lauryn Hill" (1998) 



Jedna z najważniejszych artystek nurtu R&B-soul, właścicielka ośmiu nagród Grammy i gigantycznego afro nagrała tylko JEDEN album. Ale za to jaki. Jej debiut sprzedał się w około 20 milionach kopii na całym świecie i do tej pory zdobywa rzesze fanów. Niestety, sama Lauryn popadła w problemy z prawem i czeka ją rok odsiadki w więzieniu (ponoć nie płaciła podatków). Być może miesiące w więziennej celi będą dla niej inspiracją do stworzenia nowego krążka?






2. Jeff Buckley - "Grace" (1994) 


Jeff... To człowiek, który swoim głosem kruszył najtwardsze serca. A ileż kobiecych połamał? Niestety, jego prawdopodobnie świetlaną przyszłość przerwała przedwczesna śmierć. Zostawił nam jednak album, dzięki któremu nigdy nie zostanie zapomniany. Nie mam zamiaru piać peanów na cześć "Grace", bo  WSZYSTKO zostało o tym albumie powiedziane. Wiem, że pośmiertnie wydano "Sketches for My Sweetheart the Drunk", jednak to tylko sesyjne odrzuty. Buckley nie pozwoliłby, żeby ten krążek ujrzał światło dzienne.





1. Sex Pistols - "Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols" 


Jeden zespół z jednym krążkiem, który wpłynął na pokolenie młodych ludzi do tego stopnia, że stworzył oddzielną popkulturę. I zmienił oblicze świata. Tego świata. Bunt, anarchia, rebelia, agrafki, glany, pogo, irokezy... Wszystkie pojęcia związane z punkiem są skompresowane w tym albumie. Dlatego nic dziwnego, że właśnie Never Mind The Bollocks trafia na pierwsze miejsce mojego zestawienia. God Save the Queen!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz