![]() |
| Okładka płyty |
Gdyby istniała moda na figury
geometryczne, można by było spokojnie uznać, że żyjemy w czasach trójkąta.
Gdyby kultura alternatywna potrzebowała godła, byłby to na pewno trójkąt. Ów
trend sprytnie wyprzedził brytyjski kwartet, który w 2007 roku ochrzcił się „alt-J”.
To skrót klawiszowy komputerów z nadgryzionym jabłuszkiem oznaczający po prostu
deltę (∆). Jednak jeśli ktoś nie
traktuje poważnie nerdów z instrumentami w rękach, niech natychmiast
zweryfikuje swoje poglądy. Chłopaki z Leeds mają wszelkie predyspozycje do
wspięcia się na szczyt. Na swój debiut kazali czekać aż 5 lat, jednak warty był
każdego dnia. Ich pierwszy album zatytułowany „An Awesome Wave” zgarnął już
najważniejsze brytyjskie wyróżnienie, nagrodę Mercury, wygrywając między innymi
z niekwestionowaną sensacją 2012 roku – „Devotion” Jessie Ware. W moim
prywatnym rankingu „Fala” była pozycją numer jeden. Tak oryginalnego albumu, w
czasach kultury „ctrl-c, ctrl-v” ze świecą szukać.
Fraza, która powtarzała się w
większości recenzji głosiła: „album na każdy nastrój, na każdą porę doby, dla
każdego”. Ponoć, jeśli coś jest dla wszystkich, jest tak naprawdę dla nikogo.
Nie w tym przypadku. Delty delikatnie modelują nastrój słuchacza, uwydatniając
jego nastrój w trakcie kolejnych minut odsłuchu płyty. Mieszkali w akademiku,
obowiązywała ich cisza nocna, nie mogli więc używać agresywnych gitar, czy
ciężkich partii perkusyjnych. Stworzyło to niesamowity efekt intymności i więzi
z muzyką. Uwielbiane przez dziennikarzy szufladkowanie nie zda się tu na nic. Chłopaki
oscylują w okół każdego gatunku: od popu, przez hip-hop, trip-hop, folk, world,
aż po rocka. I co najważniejsze – nie jest to wymuszona oryginalność! Mimo tak
olbrzymiego rozwarstwienia „An Awesome Wave” brzmi niesamowicie spójnie.
Płyta została podzielona na trzy „części”.
Rozpoczyna ją „Into”, w którym zespół przedstawia swoją dewizę: kłaniając się „armacie”
popkultury mają gdzieś, co myślą inni, nie podążają za kanonami piękna, lecz
wyznaczają własne wychodząc poza nakreślone ramy. Druga, to „Interludes” –
przerywniki pomiędzy utworami właściwymi (część trzecia), które służą jako
wprowadzenie do nich. Pierwszą dłuższą piosenką jest „Tessellate” (czym jest teselacja?),
psychodeliczna ballada o filozofii miłości w XXI wieku. Warto też zwrócić uwagę
na teledysk przedstawiający współczesną Szkołę Ateńską. Oto jak muzyka obnaża
rzeczywistość. Czy ktoś jest w stanie potraktować poważnie utwór zatytułowany „Pustaki”? „Breezeblocks”
to opis trudnych relacji damsko-męskich, który podobnie jak poprzednik nabierakształtu dopiero z obrazem. Alt-J oparło ten utwór o książkę „Where The Wild Things Are”, i teorię, że często kochamy tak mocno, że nieświadomie
ranimy najbliższą nam osobę. Kolejna przerwa na oddech („Interlude II”)
i delta serwuje „Coś dobrego” z obłędną partią klawiszową. Wakacyjno-hawajskie bujające„Dissolve
Me”. „Matilda” nawiązująca do filmu „Leon Zawodowiec”, subtelne „Ms”, gdzie na
pierwszy plan wystawiono dzwoneczki i chórki, najmocniejsze na płycie synthpopowe
„Fitzpleasue”… stop. „Interlude III” chłodzi rozbuchane emocje i zatrzymuje się
tuż przed kałużą krwi. „Bloodflood” brzmi jak soundtrack do spaceru po miejscu niedawnej
zbrodni. Nic dziwnego – to muzyczna interpretacja „American Psycho”. Już w historii zauważono, że najlepszego wina
nie podaje się na koniec. „Taro” to prawdziwa perełka. Opowiada historię tragicznie
zmarłych kochanków: Roberta Capy i Gerdy Taro. Obydwoje byli fotografami
wojennymi, obydwoje zginęli w trakcie wykonywania zawodu. Na szczególną uwagę
zasługuje egzotyczna partia gitarowa. Jak osiągnięto ten efekt? Ot rolka
izolacji. Kto nie wierzy, niech przekona się na własne oczy.
Niebanalne melodie, łamane rytmy
i teksty „o czymś”. Angielscy debiutanci obalili stwierdzenie, że w muzyce wszystko
zostało już powiedziane. „An Awesome Wave” nie można zarzucić prawie niczego:
jest oryginalnie, ambitnie, z mnóstwem intertekstualności. Nie znam wzoru na
deltę. Dobrze, że Alt-J uważali na matmie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz